środa, 16 grudnia 2015

Masz świra na punkcie swoich kłaków?

Ja mam:) Przedświąteczne Dzień dobry:)


Zawsze tak było. Pokrzywa, dziewanna, rumianek, piwo z żółtkiem i olejkiem rycynowym. Kręciłam, ucierałam mikstury, piłam okropne napary, ale opłacało się. W obu ciążach nie spadł mi włos z głowy, co dziwne, zważywszy na to co przeżyłam:) Jak już wpadłam w kierat; dom-praca-szkoła-praca-praca-dom, znudziło mi się robienie własnoręcznych specyfików i przerzuciłam się na te renomowane:) Mogłam nie mieć remontu w domu, ale remont na głowie musiał być.

Ostatnimi czasy trochę obraziłam się na swoje kudły. Plączą się, wiszą smętnie, nie ma w nich życia ni blasku. Lądują bez przerwy do mojego koszyka co rusz nowe specyfiki. I dziś właśnie o nich trochę chciałabym pogadać, bo to niemal same nowości i kosmetyczne hity. Tylko czy zawsze za wysoką ceną idzie wysoka jakość?




1. Kevin Murphy "Angel.Wash" Same pozytywne recenzje. Hymny pochwalne i... cena z kosmosu. Mnie skusiła lawenda w składzie, nietuzinkowe opakowanie no i nazwa; Anielskie włosy! A jeszcze jak obiecują, że zwiększa objętość no to już biorę w ciemno mimo, że portfel płacze. No cóż, w moim przypadku wszystko to było czczema przechwałkami (tak to się odmienia???). Tylko zapach, przypominający geranium (ten kwiatek, co wkładali do ucha gdy byliśmy dziećmi jak bolało), jest interesujący w tym szamponie. Nie wrócę do niego choć szkody nie czynił. Nie polubiliśmy się i już. Nie ma nad czym rozkminiać. Wolę już zdecydowanie Actyva Nutrizione Kemona. Też nie tani, ale skuteczny. Recenzje możecie poczytać tutaj.

2. John Frieda "7 day/jours" Tę firmę lubię i cenię, szczególnie za serie do włosów blond. Skoro wyszło coś nowego, to musiało trafić pod mój dach. Nie powiem, żebym się nie przeraziła wielkim napisem; półtrwała objętość. Kojarzy mi sie z trwałą, co to gościła na głowie mojej mamy aż czacha dymiła. Samo oglądanie tego dziwnego zjawiska, tak wpłynęło na moją psychikę, że do dnia dzisiejszego moje włosy nie zaliczyły nawet niewinnej zmiany koloru, a co dopiero jakiejś trwałej! Na szczęście tu chodzi tylko o polimery, które wnikają do włosa i go pogrubiają. Suszysz suszarką i normalnie włos puchnie jak Ty przed @. Jeśli nie wiesz co to oznacza, to się dowiedz:) Nie być wapaniakiem:))) . To jakaś gigantyczna pomyłka! Włosy tracą połysk, są matowe, wypłowiałe i są okropne w dotyku! Najgorsze, że to nie chce sie tak łatwo spłukać! Moja nastoletnia córka, która podkrada mi co droższe kosmetyki, wyleczyła się z tego po zastosowaniu tego specyfiku:) Tyle dobrze. No i cena też nie jest mała. Nie wiem czy kiedyś znów sie odważę to zastosować:)

3. Creightons "Sunshine Blonde" Blond, blonde działaja na mnie jak magnes, więc jak zobaczyłam, to bez zastanowienia kupiłam, tym bardziej, że cena chyba 20 zyla, była do połknięcia, nawet przez męża.(cos te zdanie za bardzo upstrzyłam przecinkami, tak mi sie widzi:).Niezgorszy powiem Wam. Przynajmniej nie obiecuje cudów. Przezroczysty, to nie brudzi wanny, fajnie stoi, włosy sie łatwo rozczesują. Czy nadaje połysk? W ziemie moje włosy szarzeją i raczej nic im nie pomaga, ale córka ma ładne a wiem , że używa:)

4. John Frieda "Sheer blonde" Olejek regenerujący. Mam fazę na olejki, na serio. Do twarzy, do ciała, na włosy, na zewnątrz i do wewnątrz:) Olejkami stoję, na serio:) I z tego też jestem zadowolona. Tu jest tylko arganowy i słonecznikowy, ale jak łykniesz sobie z rana, na czczo, jeszcze lniany, to blask będzie bił po oczach:)

5. Siberica "Royal Berries"Nowość u mnie:) Nigdy wcześniej z tą firmą nie miałam do czynienia. Kupiłam w sklepie z ziołami razem z jakimiś rosyjskimi maseczkami:) Wprawdzie pani sprzedawczyni, która zachwalała te cudo, miała włosy lichę, dwa na krzyż, ale wzięłam, bo duży i tani:) Najwyżej będzie do podłóg:) Nie wiem jak będzie dalej, ale na chwilę obecną to moje odkrycie kosmetyczne 2015.

Włosy, to afrodyzjak. Warto o nie dbać:) Zawsze wzbudzałam zazdrość swoimi włosami. Pamiętam nieciekawe dziewczę, które chcąc mi dopiec, lubiła mawiać publicznie, że przechwalam  się swoimi włosami:) To najlepszy dowód na to, że szlag ją trafiał:) Kobiety, dziewczyny, dbajcie i chwalcie się swoimi włosami:) Na złość wszystkim "Aśkom z kupą siana na głowię:) Tak o tobie mówię! Jak mogłaś sie tak zapuścić????


Koprówka

wtorek, 6 października 2015

Floslek- jeszcze kosmetyk czy już lek?

Dzień dobry,

Pogoda nas rozpieszcza. Nawet mój kot nie chce na noc przychodzić do domu, bo jest jeszcze tak przyjemnie:) Jednak trzeba będzie w końcu pogodzić  się z faktem, że lato odchodzi. Czas pomyśleć o cieplejszych ubraniach i o intensywniejszej pielęgnacji skóry. Jesień to dobry czas, aby naprawić szkody jakie poczyniło intensywne słońce. Jesień to czas maseczek, peelingów, mezoterapii. Pozwolicie, że tu się wzdrygnę:) Uciekłam kiedyś z  wampirzego liftingu:) Nie dla mnie gabinety odnowy biologicznej:)

A jeśli o liftingu już mowa, to muszę Wam dzisiaj polecić coś naprawdę ekstra. Rzadko goszczą u mnie kosmetyki z niższej półki cenowej a to dlatego, że tych naprawdę dobrych jest niewiele.

Na ten kosmetyk przyszło mi dosyć długo czekać. Wygrałam go jeszcze przed wakacjami ( a jakże, nic się w tym względzie nie zmieniło. Recenzuję tylko kosmetyki, które uda mi się wygrać) i wyjechałam w nieznane:) I krążył biedaczysko po Polsce wte i wewte aż w końcu mnie złapał:) I bardzo dobrze, bo to fajny produkt, a co najważniejsze skuteczny.

Butelka przywodzi na myśl kultowe serum Estee Lauder:) Nie wiem czy to efekt zamierzony, ale jak równać to w górę:) Brązowa butelka, obła, pipetka ułatwiająca dozowanie. Można mieć namiastkę luksusu:) Przypomnę tylko, że kosmetyk Estee kosztuje bagatela ok 450 zł :) Floslek tylko 30 zł:)





Działanie jest podobne. Ma intensywnie napiąć, wygładzić, ujędrnić, nawilżyć i zregenerować. Tyle obiecuje producent. Nie jestem z tych łatwowiernych i raczej nie łykam wszystkiego jak pelikan. Do tych obiecanek też podeszłam z rezerwą.

Zapach nie zachwycił mnie, raczej pokręciłam nosem. Nie jest nieprzyjemny, ale taki trochę apteczny.  Znika natychmiast po zetknięciu się ze skórą. Konsystencja serum wodnista, co mnie zdziwiło, bo ten zapach raczej sugerował oleisty skład. Dla mnie to lepiej, bo nawet wieczorem nie lubię się błyszczeć. Wchłanianie natychmiastowe. Już po chwili nie ma śladu kosmetyku. To ważne, bo trzeba pamiętać iż kosmetyk można stosować solo, rano pod makijaż. Nie mogłabym tutaj nie wspomnieć, że świetnie łączył się z każdym podkładem. Współpracuje też z każdym kremem nawilżającym. Nic się nie ślizga, nie warzy. Pod tym względem bezproblemowy. Stosowałam go w różnych wariantach; solo, pod podkład, pod krem i pod podkład. W każdej z tych konfiguracji się sprawdzał czyli zachowywał się tak jakby go nie było. I tutaj w końcu ciśnie się pytanie: Czy działa? Tak drogie panie, działa:) Może i tego bym nie zauważyła gdyby nie to, że robię sobie kreski na powiekach eyelinerem w pisaku. W cieplejsze dni rzadziej, bo się rozmazują, ale z chwilą przyjścia niższych temperatur, to mój nieodzowny element makijażu. No i nie jest to łatwa sprawa, gdy się jest ryczącą czterdziechą ze zmarszczkami mimicznymi wokół oczu, pociągnąć kreskę tak, aby nie wpadła w którąś z nich. I złapałam się na tym, że przychodzi mi to z niebywałą łatwością ostatnio. Zmarszczki się ewidentnie spłyciły, nawet tak zwana lwia zmarszczka na czole wydaje się być znacznie płytsza. Skóra jest jędrna, wygładzona, naprawdę jest dobrze. Oczywiście nie jest to mój jedyny kosmetyk pielęgnacyjny, więc będąc uczciwą nie mogę na 100 % stwierdzić czy rzeczywiście akurat serum zrobiło tak świetną robotę.Być może serum w połączeniu z moim kremem firmy Olay zdziałał takie cuda.A może w połączeniu z mleczkiem Yoskine,  o którym ostatnio pisałam.W każdym razie sam krem ani samo mleczko nie dawało takich spektakularnych efektów. Tego jestem pewna.

Reasumując, to jest świetny produkt za rozsądną cenę. Cena ta sprawia, że możecie same sprawdzić efekty liftingującego koncentratu Floslek i bardzo bym Was na to namawiała, bowiem naprawdę rzadko się zdarza, żeby na tej półce cenowej, znaleźć taką perełkę kosmetyczną.

Nie mogę na końcu nie wspomnieć o tym, że kosmetyk się wprawdzie kończy, ale opakowanie czyli buteleczka, jest tak samo piękna jak na początku. Dla mnie to ważne, bo jestem estetką i nic bardziej mnie nie denerwuje jak świetny kosmetyk w słabym opakowaniu.

Czy zatem to kosmetyk czy lek? Mnie uleczył:) Z kompleksów:)

Polecam. To są naprawdę dobrze zainwestowane pieniądze.


Koprówka




poniedziałek, 5 października 2015

Odchudzaj się z żurawiną

Hej

Z warzywniaka zerka na nas czerwone oko żurawiny:) Łypie czy aby jesteśmy w formie:) Czy filtry dobrze działają, czy serce nie szwankuje i czy aby cholesterol w normie:) Bo żurawina jest dobra na wszystko, ale najlepiej wspomaga serce i nerki. Ponadto chroni wątrobę, obniża cukier we krwi i skuteczna jest przy wrzodach żołądka. Zmniejsza ryzyko miażdżycy, obniża ryzyko zawałów serca i ma pozytywny wpływ na poziom dobrego cholesterolu. Obok właściwości leczniczych ma właściwości odchudzające! Wspomaga przemianę materii, usuwa toksyny z organizmu i działa lekko przeczyszczająco. Pozwolicie, że w tym miejscu przestanę wyręczać doktora Google:) Zapytajcie go a sami się przekonacie, że to skarbnica cudownych właściwości.

 Ponieważ suszona żurawina to niemal sam cukier ( podobna ta słodzona sokiem z ananasa jest lepsza), to dzisiaj skupimy się na świeżych owocach żurawiny. Tym bardziej, że gotowanie nie niszczy jej przeciwbakteryjnych i przeciwgrzybicznych właściwości.

Świeżą żurawinę można zmiksować z jabłkiem i bananem, odrobiną cukru i wody i będziemy mieć świetny koktajl, ale ja dziś przychodzę z kompotem:) Z chwilą kiedy przychodzą zimniejsze dni, ja jednak wolę rozgrzewać się od środka i dlatego na moim stole królują ciepłe zupy, gorące kasze i właśnie ciepłe herbatki czy kompoty:) Zaprawdę powiadam Wam tylko pieczone jabłuszko z miodem i orzechami a do tego kompot z żurawinki, pozwala mi przetrwać półroczny  rozbrat ze słońcem:) 







Kompot z żurawiny;

- 2 litry wody
- 30 dkg świeżej żurawiny
- 5 goździków
- szczypta cynamonu
- 5 łyżek cukru( lub miodu jak przestygnie)
- sok z limonki lub cytryny

Świeżą żurawinę opłukać i zalać wodą. Gotować na małym ogniu jakieś pół godziny. Koniecznie pod przykryciem, bo pęka niczym popcorn:) Wprawdzie nie ucieka z gara jak on, ale lepiej ją mieć na baczności:) Dodać goździki i gotować jeszcze z 15 minut ale nie dłużej, bo goździki potrafią zepsuć cały kompot jak za długo się gotują (nadają zbyt perfumowy smak i goryczkę). Dodać cynamon, sok z limonki i cukier. Wymieszać. Można przelać przez sitko, ale ja tego nie robię. Można dolać wody lub dosłodzić jeśli zajdzie taka potrzeba:) Można dodać pomarańcze w plasterkach czy laskę wanilii jeśli chcemy mu nadać bardziej wigilijny smak:) Mnie wystarcza wersja podstawowa:) Smacznego i byle do lata:)

Koprówka



środa, 30 września 2015

Neo-lipidowe mleczko nawilżające YOSKINE

Dzień dobry,

Wiecie co znaczy po japońsku Asayake pure?:) A, nie wiecie:) A ja wiem:) Poranny blask. Nie, nie jestem taka mądra. Przeczytałam to na buteleczce. To nazwa linii z której wywodzi się mleczko, które, a jakże, wygrałam w jakimś konkursie na fan page marki. Stosowałam całe wakacje i zużyłam zaledwie połowę. Niezwykle wydajne i to jest jedna z wielu jego zalet.

Dla niewtajemniczonych przypomnę tylko filozofie mojego bloga. Nie przyjmuję gratisów, a nawet jeśli, to o nich nie piszę. Co najwyżej mogę je pokazać na insta, fejsie czy na snapie. Tak jest uczciwiej. Wygrywam pod swoim nazwiskiem, więc niejako działam incognito:) Nic i nikt mnie nie obliguję, aby napisać recenzje. Nie znam tych wszystkich menadżerów, administratorów fan page'y. Gdy mnie coś zachwyci albo wyjątkowo wkurzy, piszę i nie oglądam się na nikogo.


Musicie wiedzieć, że ja jestem z tych co lubią wodę. Pod każdą postacią. I uwielbiam rano obmywać twarz wodą. Zimą rzadziej (to nawet zbyt drastyczne), ale latem nie ma nic lepszego niż chlust zimnej wody. Makijaż zmywam więc żelem i nie dla mnie żadne mleczka, toniki czy płyny micelarne. Długo więc opierałam się Yoskine, ale on tak cudownie pachnie i ma tak cudowny kolor (blady róż), że w końcu mu uległam. Najpierw zmywałam twarz wodą i żelem a potem przemywałam twarz mleczkiem. Musicie bowiem wiedzieć, że mleczko jest nawilżające i posiada kompleks in detoks. To rewolucyjne połączenie detoksykacji komórkowej i pielęgnacji oczyszczającej. Oczywiście moja nadgorliwość była nieuzasadniona. Mleczko świetnie zmywa makijaż, tusz do rzęs czy szminkę. Ot, siła przyzwyczajenia:) Z czasem stosowałam go nawet zamiast kremu:) Latem każdy krem wydawał mi się zbyt ciężki a mleczko świetnie nawilżało.Kompleks Moisture Yo Lipids zabezpieczał skórę przed wysuszaniem, łagodząc podrażnienia i zaczerwienienia.





Jestem dopiero w połowie opakowania i nazwa serii nie jest na wyrost. Rzeczywiście skóra po tym mleczku staje się niezwykle piękna, miękka, oczyszczona, świetnie nawilżona i poprawia jej się koloryt. Szlachetnieje:) Asayake Pure:) Warto ten kosmetyk wpuścić pod swój dach i dać mu zaszczytne miejsce na łazienkowej półce. Polecam


Koprówka 

 

sobota, 26 września 2015

Wakacyjne skarby i... shity

Dzień dobry robaczki:)

Wybaczcie przywitanie, ale nie mogłam się powstrzymać. Obczajam ostatnio Snapa czyli nowe narzędzie social media i jestem zniesmaczona. Niebywałe jak dorosłe kobiety dostają głupawki na widok...samych siebie:) Radzka pokazuje przez 3 minuty gołębie odchody, Segritta szczerzy się jakby po drugiej stronie było stado słodkich bobasków, Fashionelka na okrągło pokazuje buldogi a Olfaktoria ma bzika na punkcie swoich kotów i... samej siebie:/ Smaczku dodaje fakt, że wszystkie to kobiety z trzydziestką na karku. Z przyjemnością natomiast ogląda się blogerki What Anna Wears czy nielubianą przeze mnie blogerkę Monikę Kamińską. Są dokładnie takie jak ich blogi. Ania niezwykle ciekawa i przyjemna a Monika rzeczowa aczkolwiek zimna i roszczeniowa z wiecznym nosem na kwintę:/ To i tak lepsze niż skapujący ( a może snapujący?) infantylizm. Tak, zdecydowanie Snap to mój wakacyjny shit:/

Jeśli chodzi o skarby, to zdecydowanie więcej ich u mnie w koszyku. Miód lawendowy, konfitury z granatu, olejek lawendowy. Wszystko przywiezione z uroczej wyspy Krk w Chorwacji. Jest też moja ulubiona czerwona herbata, wreszcie do mojego kapsułkowego ekspresu. Syropy do herbaty i kawy, bo zaczyna się jesienna szaruga i ciepła herbata, ciepły koc i okład z ciepłego kota, to absolutnie niezbędniki na jesienne dni. Jest też cudowne mleczko do twarzy Yoskine, o którym przygotowuję osobny wpis i lakiery hybrydowe z firmy Golden Rose, które nie potrzebują lampy. O nich też napiszę osobny post w najbliższym czasie.














Z dobrych wiadomości to wreszcie udało mi się znaleźć kartę do aparatu i znalazłam aparat w moim taborze. Hurra! Ze złych to zgubiłam ładowarkę do aparatu:((( No, czyli u mnie bez zmian. Przecinki jak zwykle na dyskotece, żyją jak chcą i skaczą gdzie chcą. A tydzień bez zgubienia czegokolwiek jest tygodniem straconym:) Za to znalazłam wspaniałe książki przez wakacje i też o nich opowiem. A jeśli jesteśmy już przy książkach, to korzystając z okazji chciałabym Wam serdecznie polecić nowy kanał na You Tube, dziennikarki i pisarki Anny Dziewit, weBook. Świetne rozmowy z czołowymi  polskimi pisarzami. Był już Miłoszewski, Bonda, Żulczyk i Chutnik. Polecane są nowości książkowe a także prowadzony jest eksperyment czyli pisanie pierwszej internetowej powieści. Jest dowcipnie i interesująco. Naprawdę warto się rozglądać, bo w internecie można znaleźć prawdziwe perełki:)

Do następnego razu... Robaczki:)

wtorek, 23 czerwca 2015

Lemoniada z kwiatów czarnego bzu

Miałam dzisiaj zbierać kwiaty lipy, ale ciągle pada i jak wiadomo w taki dzień nic się nie zbiera. No więc przygotowałam dla Was przepis na lemoniadę z syropu z kwiatów czarnego bzu. Najpierw jednak szybki przepis na syrop:

- 40 baldachimów kwiatów czarnego bzu
- ok 2 litrów wody
- 2 kg cukru ( ja daję znacznie mniej)
- sok z 5 cytryn

Kwiaty czarnego bzu mają wiele właściwości pro zdrowotnych , o których tutaj się rozpisywać nie będę, bo wujek google wyświetli Wam wszystko co trzeba.

Całe baldachimy obcinamy nożyczkami i zostawiamy na chwilę, żeby dać czas robaczkom na ucieczkę. Uwaga na mszyce! Takie baldachimy należy od razu wyrzucić a najlepiej ich wcale nie zrywać. 
Bierzemy później w dłoń nożyczki i obcinamy same kwiaty, tak aby najmniej było zielonych łodyżek.
Zalewacie kwiaty wrzącą wodą i trzymacie przez całą noc w zimnym miejscu. Na drugi dzień wszystko przecedzacie, kwiaty możecie wycisnąć, dodajecie sok z cytryn i cukier i tylko krótko zagotowujecie. Tylko tyle, żeby się rozpuścił cukier. W praktyce oznacza to, że wystarczy doprowadzić do wrzenia.
 Przelewacie do słoiczków i odwracacie do góry dnem. Ja jeszcze przykrywam słoiczki garnkiem i trzymam ich tam jakieś 20 minut J Nie pasteryzuję ich już tylko sprawdzam czy pokrywki  „nie odbijają”J Musicie również pamiętać, że jak dacie mniej cukru, to taki syrop krócej będzie można przechować.




Jak już mamy syrop, to możemy zrobić lemoniadę. Nie mylić z oranżadą, bo taką też można z kwiatów czarnego bzu robić, ale trochę inaczej.

Lemoniada z syropu z kwiatów czarnego bzu


To już żadna filozofia. Dodajesz do dzbanka syrop, dodajesz wodę, kilka plasterków cytryny i już, chociaż moje dzieci wolą z pomarańczami J Ja jeszcze do zwykłej wody dodaję wodę gazowaną, bo moje dzieci lubią jak trochę lemoniada „szczypie”J  Smacznego i na zdrowie J





Zdjęcia wykonane tabletem w domu w pochmurny dzień. W takich warunkach i takim sprzętem nie wyczaruję niczego lepszego:) Ciągle szukam karty do aparatu. Gdzieś w tym moim taborze musi być:)


Koprówka












czwartek, 11 czerwca 2015

Industriada czyli letnie koncerty czas zacząć!






Zbliża się Industiada i koncert Brodki, na który z  niecierpliwością czekam. Pomyślałam sobie, że zamieszczę mój artykuł, który napisałam dla Creative Magazine (brrrr  wybaczcie, ale się otrzepię) "Koncertowe must have". Nic nie stracił na aktualności a zestawy, które tam utworzyłam, spokojnie możecie i teraz na koncert założyć. Łapcie garść cennych informacji jak ubrać się na koncert, aby było stylowo, ale i bezpiecznie.


Lato to czas muzycznych festiwali, koncertów w plenerze. Jak się ubrać aby było wygodnie a jednocześnie stylowo. Czy wtopić się w tłum czy wręcz przeciwnie, postawić na oryginalność?
Styl, według którego powinniśmy się ubrać, zależy od rodzaju koncertu (koncert pod zadaszeniem czy w plenerze), gatunku muzyki i miejscu, gdzie zamierzamy koncert przeżyć.

Buty 
Zrezygnujmy z sandałków i lekkich balerin, no chyba, że chcemy mieć zmiażdżone palce u stóp. W plenerze też się nie sprawdzają. Workery, glany, martensy, botki, trampki, to są odpowiednie buty. Jeśli chcesz być pod sama sceną albo w tzw. młynku, byty muszą być bardziej zabudowane. Jeśli zamierzasz bujać się gdzieś z boku a trwa właśnie lato, możesz ubrać trampki. Kalosze, które są bardzo praktyczne, wbrew pozorom na koncert się nie nadają. Chyba, że przyszliśmy na koncert z braku lepszego zajęcia i zamierzamy pić piwo i stać jak słup soli.

Torebka 
Jeśli torebka, to tylko na pasku albo plecak. Trzymanie i pilnowanie torebusi przez cały support i koncert, to istny koszmar! Nie bierz portfela! Pieniądze i telefon trzymaj w kieszeni spodni (nie tylnej!) i zapnij agrafkami.

Biżuteria
Biżuteria nie jest wskazana. Wiszące kolczyki załóż tylko wtedy kiedy zamierzasz pozbyć się płatka ucha. Wisiory i pierścionki też się nie sprawdzają. Możesz pokaleczyć siebie i innych. Dopuszczalne są bransoletki; rzemyki, sznurki. Możesz zaopatrzyć się w znaczki zespołu, które przypniesz do torby, kurtki czy kapelusza.

Aparat 
Nie bierz, chyba ze idziesz na strefę vip. Koncert polega na przeżywaniu tu i teraz a nie na cykaniu kiepskich jakości zdjęć. Pamiętaj, że na koncertach są ograniczenia i nie można wnosić aparatu o większej matrycy niż 7 mega pikseli). Zdjęcia z imprezy znajdziesz w sieci.

Włosy
Upnij. Najlepiej w węzeł, żeby ludzie stojący za tobą nie musieli ich jeść. Postaw na makijaż a’la Brigitte Bardot, która była zwolenniczką błyszczących warg i oczu obramowanych czernią.

Ubiór 
To, jak się ubierzesz, zależy w głównej mierze, gdzie zamierzasz koncert spędzić i czy koncert jest plenerowy czy pod zadaszeniem. Przede wszystkim powinien być wygodny. Jeansy, rurki, krótkie spodenki, to wszystko się bardzo dobrze sprawdza o ile nie jest zbyt wąskie. Ubranie nie może krępować ci ruchów.

Ubierz się odpowiednio do pogodny. Nie licz , że rozgrzeje cię muzyka. Drżąc jak osika przez większą część wieczoru, nie mam mowy o dobrej zabawie. Strój na cebulkę jest najbardziej odpowiedni.

Jeśli jesteś zwolenniczką bardziej kobiecego look’u, nie bój się założyć sukienki. Do tego jeansowa kurtka albo ramoneska. Spódnice maxi sprawdzają się tylko w strefie Vip tak jak wysokie obcasy.

Pamiętaj, że masz się dobrze bawić. Jeśli idziesz na koncert muzyki, której na co dzień nie słuchasz (ktoś cię zaprosił), nie przebieraj się na siłę za kogoś kim nie jesteś. Nie ma nic gorszego niż dziewczyna boho z pieszczochą na ręce. Nie sil się wtedy na oryginalność. Glany w róże zostaw w domu. Raczej staraj się wtopić w tłum.


Letnie festiwale na plaży rządzą się własnymi prawami i tam możesz szaleć do woli. Mieszaj kolory i style. Im więcej barw tym więcej żywiołu. Kapelusze, chusty mile widziane. Tylko tam buty nie są ci wcale potrzebne. Tak samo jak parasolka czy peleryna. Nie ma nic bardziej przyjemniejszego niż taniec w deszczu na mokrym piasku. I pamiętaj! Najważniejszą rzeczą, którą musisz zabrać na koncert jest dobry humor.




















                                                Strefa Vip:)


Koprówka

wtorek, 9 czerwca 2015

Śmierć przychodzi na paluszkach

Od wczoraj przyglądam się internetowemu linczowi na plażowiczach, którzy nie udzielili pomocy topiącemu się chłopakowi. Nie wiem jak się topi ktoś kto umie pływać. Być może topi się tak jak na amerykańskich filmach; chlapiąc wodą i głośno krzycząc; help, help! Wiem natomiast jak topi się ktoś, kto pływać nie umie. Do niego śmierć skrada się na paluszkach.

Mój syn miał wtedy zaledwie 7 lat. Kolejna lekcja na basenie. Jeszcze nie umie pływać. Wszystkie dzieci pływają na desce. Na basenie dwóch ratowników, jeden nauczyciel i 25 dzieciaków. Ja stoję za oszklonymi drzwiami. Rodzicom nie wolno wchodzić na basen. Stoję sama, bo ja z tych matek kwok czy helikopterów, co to nie pozwalają dziecku dorosnąć. Syn ma astmę, jest nieśmiały, trochę wycofany. Wtedy, bo dziś to zupełnie inne dziecko. Stoję i nagle widzę, że mój syn podnosi rękę i znika pod wodą. Deska nieśmiało odpłyneła, do liny daleko. I znowu podnosi rękę jakby się wyrywał do odpowiedzi i znów pod wodę. Nagle rozumiem, że coś jest nie tak. Ze mój syn w tym tłumie ludzi, bezgłośnie się topi! Podbiegam do trenera, krzyczę;” Michał się topi!”. Trener zdezorientowany podaje mu kij w momencie kiedy mój syn, trzeci raz (prawdopodobnie ostatni) wynurza się z wody. Wszystko dobrze się kończy. Syn kaszle, przez kilka dni ma zaostrzenie astmy, ale żyje. Trener w szoku, ja też. Po kilku dniach pytam;

- Synku dlaczego nie krzyczałeś pomocy?
- nie wiem.

Ja wiem. Kilka lat później jesteśmy nad polskim morzem. Z całej naszej czwórki tylko ja nie umiem pływać  jednak wchodzę do wody, bo dzieci proszą. Wody jest do szyi, nie więcej. Mąż na żółtym materacu, opala się. Ja na dmuchanym fotelu, dzieci baraszkują w wodzie. Nagle coś mnie gryzie w kostkę, nachylam się żeby to strącić i…wpadam głową w dół do wody. Nie potrafię złapać równowagi i dotknąć nogami dna. Wypływam i nie mogę krzyknąć, bo łapczywie łapię oddech ,po czym znowu ginę w odmętach morskiej toni. Sytuacja się powtarza. Wszystko dzieję się po cichutku. Nie chlapię zanadto, nie krzyczę. Mąż dalej się opala, dzieci się bawią i tylko córka zastanawia się co robię. Miała wtedy może z sześć lat. Mówi do męża;

-tatuś z mamą się coś chyba dzieję.

Mąż leniwie spogląda i …dalej nie rozumie! Wszak wody jest może po pas. Wynurzam się ostatni raz i wtedy mnie łapie:

-Co Ty robisz? Zdenerwowany raczej niż zatroskany.

Nic nie odpowiadam. Ja tylko kaszle. Serce wali mi jak młot. O własnych siłach dochodzę do brzegu. Brzegu, na którym jest pełno ludzi. Nikt nie zauważył, że coś się dzieje. Jedna, mała dziewczynka zrozumiała, że coś jest nie tak i to ona mnie uratowała.  

Czy wyniosłam z tej lekcji jakąś naukę? Owszem, że powiedzenie; „Możesz się utopić w łyżce wody” jest prawdziwe. Raczej nie wchodzę do wody, choć dla zodiakalnej ryby, to trochę trudne J Lubię wodę, lubię patrzeć na nią, lubię jej odgłos, lubię jak falę rozbijają się o skały. Mam do niej respekt i nigdy nie puszczam dzieci samych do wody, choć obydwoje są w  sekcji pływackiej „wodnik” .  Tylko, że ja zawsze byłam ostrożna. Nie wchodziłam dalej niż po pas, nie wchodziłam sama do wody, nie wypływałam sama na materacu a jednak byłabym się utopiła. W morzu pełnym turystów, tuż pod nosem męża i dzieci. 

To nie znieczulica zabiła tego młodego chłopaka. To jego nieroztropność i brawura. Jego koledzy zorientowali się dopiero po 50 minutach, że go nie ma. Czy wiedzieli, że nie umie pływać? A może był pod wpływem alkoholu? A może  tak jak ja, wszedł do wody dla ochłody i nie przewidział najgorszego. Fala, przejeżdżająca motorówka czy nieproszony owad na kostce, wszystko może sprawić, że stracisz w wodzie równowagę. Jeśli nie umiesz pływać lepiej nie wchodź do wody, a już na pewno nie sam. Jeśli zaś umiesz pływać, niech cię nie zgubi rutyna i zbyt wielka pewność siebie. A Ty internauto zanim wydasz wyrok, pomyśl. To nie boli.


Mój anioł stróż:)))


Koprówka

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Biszkopt z owocami czyli ciasto, które rewelacyjnie wygląda i obłędnie smakuje i to wszystko w 15 minut

Jak Wam minął weekend kochani? Mnie fantastycznie J Sandomierz to cudowne miasto i coraz więcej się w nim dzieje. 6 i 7 czerwca akurat odbywał się V Ogólnopolski Festiwal Nieskończonych Form Mleka, w skrócie: Czas dobrego sera. Nie zabrakło też tego co najlepiej z serem smakuje, a więc: konfitur, nalewek i win z sandomierskich winnic. Akurat tych ostatnich nie zakupiłam, bo 45 zł za 750 ml , wydało mi się lekką przesadą za polskiego „jabola” rocznik 2014 J Przepraszam, ale wolę włoskie czy francuskie czy nawet chilijskie, gdzie słońce grzeje mocniej i intensywniej niż na sandomierskim wzgórzu J

Nie o tym wszak chciałam pisać, choć dzisiejszy post z tych kulinarnych J Ano tak się składa, że ilekroć jestem w Sandomierzu, czegoś się uczę J Mam tam świetną piekarkę, która robi warsztaty kulinarne. Przynosisz własne produkty i pod jej okiem pieczesz to, co ci akurat zasmakowało. Ja wybieram ciasta pyszne, ale nieproblematyczne czyli takie, których się nie robi dłużej niż 30 minut J Dzisiaj jednak mam absolutny hit dla Was J Najłatwiejsze ciasto w 15 minut J Biszkoptowe z owocami! Lekkie, mało słodkie, raczej tanie J Zaczynamy!

Składniki:

-10 jajek
-szklanka cukru (ja daje ¾)
-1/2 szklanki oleju
-2 szklanki mąki pszennej
-0,5 szklanki mąki ziemniaczanej
- 1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
-cukier puder do posypania
- owoce (najlepsze morale, truskawki)

Sposób przygotowania:

Oddzielamy biała od żółtek. Białka ubijamy na sztywną pianę, dodając ½ szklanki cukru do nich, aby zwiększyć ich puszystość. Później ucieramy żółtko z cukrem (1/2 szklanki), też mikserem aż będą białe. Potem łączymy białka z żółtkami, chwilę miksujemy. Dodajemy ½ szklanki oleju, znowu chwile miksujemy i mikser odkładamy! Następnie dodajemy mąkę (pszenną i ziemniaczaną) z proszkiem do pieczenia. Szpatułką, łyżką drewnianą, delikatnie i krótko mieszamy wszystko razem. Krótko, bo biszkopt nie lubi długiego miziania. Można go zagłaskać jak kotka na śmierć i nie urośnie. Wylewamy ciasto do patelki wyłożonej papierem do pieczenia. Owoce oprószamy mąką i kładziemy na ciasto. Lepiej pokroić owoce na ćwiartki, żeby nie były zbyt ciężkie. Wkładamy do piekarnika na 30-35 minut i pieczemy w temperaturze 170 stopni. Im mniej się nim zajmujemy tym jest lepsze, na serio!!!






W ostatnim momencie zrobiłam zdjęcie. Chwilę później wpadły dzieci i było po biszkopciku J W sobotę robię drugi raz, to może uda mi się uzupełnić post o jakieś artystyczne zdjęcie J

Smacznego!

Koprówka

środa, 27 maja 2015

Hi-Def Tinted Brow Gel- tylko gadżet czy jednak kosmetyk?

Właściwie to miałam napisać recenzje świetnego samoopalacza, ale pogoda jest do bani i  nie ma jak zrobić fajnych zdjęć:/ Maju, maju nie popisałeś się:/ Na szczęście w mojej kosmetyczce są cuda, które nie potrzebują oprawy, żeby świecić J Oto mamy odżywkę do brwi  HI-DEF Tinted BROW GEL firmy Revitalash. To nie jest moje pierwsze spotkanie z tą firmą. Recenzję ich rewelacyjnej odżywki do rzęs możecie przeczytać tutaj. Natomiast zarówno jeden jak i drugi produkt zdobyłam w konkursie, jak to u mnie bywa, więc post, jak zwykle, nie jest sponsorowany J




No i cóż, krótko. To jest kolejny, świetny produkt. Na jednym końcu mamy  dwustronny grzebyczek do brwi, na drugim wyprofilowaną szczoteczkę jaką spotykamy w tuszach do rzęs. Sama odżywka, to taki żel, u mnie koloru brązowego, który ujarzmia włoski na cały dzień. Ponadto rzeczywiście zagęszcza brwi w tych miejscach, w których ich brakuje i lekko przyciemnia. Jako naturalna blondynka mam rzęsy jasne i miałam nadzieję, że żel trwale je przyciemni. No niestety, aż tak dobrze nie jest. Wciąż muszę je przyciemniać brązowym cieniem do powiek. Natomiast jestem przekonana, że to jest świetny produkt dla kogoś kto uległ modzie na wyskubane brwi i chciałby wrócić do swoich naturalnych, co jest bardzo ciężkie jeśli skubało się je samemu, bez jakiegoś pomyślunku J Ja nigdy nie uległam tej modzie, ponieważ na jasnych brwiach można malować co się chce i to jest jeden jedyny ich plus J Dlatego mam wrażenie, że nie skorzystałam z wszystkich dobrodziejstw jakie daje ta odżywka.






Czy ma minusy? Ma. Opakowanie. Otóż napisy łatwo się ścierają, plastikowa nakrętka pęka, bo dosyć trudno się ją ściąga. Jak na produkt, który kosztuje 80 zł, to trochę słabo. Lubię luksusowe kosmetyki i lubię jak nimi są do samego końca J Niestety o mojej odżywce nikt by już tak nie powiedział, chociaż w środku kryje się przecież prawdziwy skarb J Albo więc firma obniży cenę albo pomyśli nad zmianą opakowania jeśli chce aby ich produkt aspirował do wysokiej półki J


Moja ocena: 4/5


Koprówka

piątek, 15 maja 2015

Drenafast orginal

Już rok temu zaczęłam przygodę z Drenafastem. Miałam ogromne problemy z zatrzymywaniem wody. Wieczorem ważyłam 2 do 2,5 kg więcej niż rano! Nie potrafiłam sobie pomóc i wtedy natknęłam się na Drenafast sport o którym możecie przeczytać tutaj. Efekty były zachwycające, ale wtedy przeszkadzał mi imbir, który powodował pocenie się czego ja nie lubię. Zakupiłam więc Drenafast Orginal no i to jest moje cudo w walce o lepszą sylwetkę, ale przede wszystkim o lepsze samopoczucie.

To nie jest tak, że Drenafast odchudza sam z siebie. Nie wierzę, że jest jakiś preparat-BEZPIECZNY, który spowoduje, że bez wyrzeczeń i bez szkody dla zdrowia, schudniecie. Drenafast ma jednak wiele zalet, które w tym pomagają;

- wymusza dobre przyzwyczajenia, uczy pić przynajmniej 1 litr wody dziennie
- eliminuje apetyt na słodycze a także na kawę i herbatę
- hamuje apetyt, nie ma się ochoty na podjadanie
- oczyszcza z toksyn dzięki czemu wszystkie potrzebne składniki lepiej się wchłaniają

Walkę o lepsze samopoczucie zaczęłam rok temu, ale z dietą i ćwiczeniami dopiero od stycznia. Kilka tygodni temu miałam kryzys. Waga nie chciała się zmniejszać,  centymetry w pasie uparły się i stały w miejscu. Jest to demotywujące choć podobno na pewnym etapie diety, dosyć normalne. Wtedy przypomniałam sobie znowu o Drenafaście  (to już trzecie butelka, ale nie non stop!). No i po wypitej butelce wreszcie postęp. Waga 2kg mniej, w pasie 4 cm ubyłoJ Świetnie się czuję zarówno w czasie kuracji jak i po. Czuję się bezpieczna, bo w składzie same zioła; mniszek lekarski, zielona herbata , żeńszeń. Zrobię sobie teraz przerwę i za miesiąc powtórzę kuracje ( osiągnęłam wagę jaką chciałam).
Dodam jeszcze, że smak jest bardzo przyjemny J Dziwią mnie zarzuty o mydlinowym smaku:/ Woda po dodaniu Drenafasu pachnie i smakuje brzoskwiniami J

Wracam do tego preparatu regularnie. Bardzo go lubię i autentycznie mi pomagaJ Nie jest jednak tak, że zrzucam mu na karb wszystkie zbędne kilogramy i każe coś z tym zrobićJ Działamy wspólnie. Ja się zdrowo i regularnie odżywiam, ćwiczę a on pomaga mi wyrabiać dobre nawyki i trzymać się z daleka od słodyczy i innych śmieciJ Myślę, że to fajny układ. Wy też stworzycie z nim dobry duet jeśli nie tylko od niego będziecie wymagać, ale także od siebieJ


Dodam tylko, że właśnie się dowiedziałam, że  Drenafast ORIGINAL otrzymał w Portugalii unikalny certyfikat FIVE STAR w kategorii preparaty drenujące. Uznano jego innowacyjność i zaangażowanie na rzecz jakości i doskonałości w osiąganiu wyników. Brawo! Dawno się na nim poznałam J










czwartek, 14 maja 2015

Zupa szczawiowa, niezbyt piękna ale jakże zdrowa!



Wiem, wiem że czekacie na recenzje świetnego samoopalacza (pogoda się skiepściła , więc może poczekać), na recenzje świetnego płynu, który oczyszcza organizm z toksyn (na dniach będzie, obiecuje) i na relacja z imprezy  Śniadanie na trawie w Parku Śląskim (cudowna impreza!). To wszystko będzie, ale dziś, dziś musi być przepis na zupę szczawiową.
Mistrzowska zupa i łatwa w przygotowaniu i szybka! Zdrowa, smaczna, tania i można by tak wymieniać bez końca, wiec pozwolicie że szybko nakreślę co i jak i zabieram się za jedzenie( w blogowaniu najgorsze jest to fotografowanie potraw! Chce jeść a muszę fotkę cyknąć :/)

Składniki:

-szczaw (1 zł u mnie na targu)
-młode ziemniaczki (parę sztuk)
-młoda marchewka, pietruszka, lubczyk
-cebulka
-trochę masła
-śmietana
-jajka
-bulion, pieprz
-trochę cukru do smaku

Przygotowanie:

Na masełku przesmażam cebulkę. Dodaje marchewkę, pietruszkę, ziemniaki. Chwilę wszystko przesmażam, zalewam bulionem, wrzucam parę listków lubczyku. Zostawiam w spokoju i zajmuje się szczawiem. Szczaw myję, siekam na drobno albo rwę i przesmażam na masełku na osobnej patelni. Dodaje do bulionu. Chwilę jeszcze gotuje. Pieprze. Dodaje trochę cukru do smaku. Zagęszczam wodą z mąką albo i nie jak mawia Mel BJ Zagotowuję. Zdejmuję z ognia i zalewam śmietaną z żółtkiem. Tutaj uwaga! Żeby się śmietana nie zwarzyła i żółtko nie ścięło, trzeba je trochę zahartować, wlewając w tym celu trochę gorącego bulionu. I finito! Masz już zupęJ Ja zupę szczawiową jem z jajkiem na twardo, ale można z grzankamiJ Prawda, że proste? Mam nadzieję, że moje dzieci kolor odstraszy i podziękująJ Z przyjemnością zjem samaJ

Ps. Zupa nie jest zbyt reprezentacyjna (ten zielony kolor) więc lepiej podawaj ją w białych talerzach niż np. w brązowych miseczkachJ





Zupa szczawiowa na mnie patrzy :) Smacznego!



Koprówka

środa, 29 kwietnia 2015

Wszystko co dobre


Wszystko co dobre


All Good Things, USA, 2010, 101 minut. Reżyseria: Andrew Jarecki. Scenariusz: Marcus Hinchey, Marc Smerling. Obsada: Ryan Gosling, Kirsten Dunst, Frank Langella, Lily Rabe, Philip Baker Hall. Zdjęcia: Michael Seresin. Muzyka: Rob Simonsen. Dystrybucja na dvd w Polsce: Monolith, 21 kwietnia 2011. 


   Film Pana Jareckiego nie pojawił się w naszych kinach.Dlaczego? Zupełnie tego nie rozumiem, bo film jest bardzo dobry, dający do myślenia, z piękną muzyką i ze znakomitą obsadą.To film który porusza, ale tez potrafi zirytować.Oto mamy bowiem ewidentną zbrodnie, ale nie mamy kary! Główny podejrzany Robert Durst zdołał bowiem przekonać przysięgłych, ze nie ma nic wspólnego z zaginięciem żony i egzekucją przyjaciółki z dzieciństwa, a swojego sąsiada zabił i poćwiartował w...samoobronie:/ Po odsiedzeniu symbolicznej kary jest wolnym człowiekiem i nawet był na planie zdjęciowy, co wszystkich napawało niepokojem, bowiem film jest oparty na faktach! Opowiada o najgłośniejszej, nie rozwiązanej sprawie kryminalnej Nowego Jorku.


   Duży atutem filmu jest znakomita obsada. Gosling to najlepszy aktor młodego pokolenia, znany z takich filmów jak choćby "Pamiętnik". Kirsten Dunst nawet nie trzeba reklamować, wystarczy przypomnieć tylko wspaniały , kostiumowy film z jej udziałem "Maria Antonina".Świetna muzyka Rob'a Simonsen'a dodatkowo podkręca atmosferę tajemniczości i niepokoju.


   Reżyser od początku przedstawia Durst'a jako winnego, ale próbuje go tez bronić, przywołując fakty z jego dzieciństwa, które najpewniej wpłynęły na jego postępowanie.Niebywałe jest jednak to, ze wystarczy być bogatym i wpływowym aby takie zbrodnie uchodziły na sucho.


   Reasumując bardzo gorąco polecam. Ja po obejrzeniu filmu przekopałam cały internet aby o tej historii dowiedzieć się czegoś więcej i niestety, zarówno w internecie jaki i w filmie jest więcej spekulacji niż faktów:/ Kathleen Durst do tej pory nie odnaleziono.Zrozpaczona rodzina od 20 lat wciąż ją szuka.

wtorek, 21 kwietnia 2015

Ty też jesteś Michaśką????


Kolejna #GównoBurza w internetach  rozpętała się na dobre i zbiera już swoje żniwa. Podzielił się światek modowy. Jedni zdecydowanie się od Michaśki odwracają, inni, rzucają się na stos, żeby ratować to co z niej zostało.


A fakt jest taki, że o ile o faszyzm trudno Michaśke podejrzewać, to nie zmienia to faktu, że użyła symboli nazistowskich a za to jest kara. Dlaczego zatem miałaby jej uniknąć?. Czyżby bloger był wyżej niż zwykły Kowalski? A może artyście wolno więcej? Wszystko przykryć wizją artystyczną i jest git.

 Michaśka doskonale wiedziała, że wywoła kontrowersje. Wcześnie na swoim profilu zapowiadała wielkie boom! Osiągnęła to co chciała. Zyskała fejm. Czy przewidziała taki ostracyzm? Wydaje się, że nie. Myślała, że uderzy się w pierś i wszystko przycichnie. Zamiast artystycznego performingu powstały jednak zgliszcza; zerwana współpraca z wydawnictwem Znak, brak zaproszenie od Doroty Wróblewskiej na Warsaw Fashion Street. Osobiście mam nadzieję, że to dopiero początek. Nie żebym podniecała się internetowym linczem. Po prostu dorosły człowiek ponosi konsekwencje swoich działań. I tyle. Aż tyle. 

W całym zamieszaniu jednak wyszła na jaw ciekawa rzecz. Kim jest Witkowski?  Pisarze się od niego odcinają (brawo dla Żulczyka), blogerem  modowym chyba też nie jest skoro musi go stylizować stylista (Tobiasz, czyżby Ty???),więc kim on jest? Skandalistą, któremu światła jupiterów  prześwietliły mózg? A jeśli tylko tym, to czy chcemy go oglądać?  Może powinniśmy go strącić w społeczny niebyt? Wreszcie. Dla jego dobra i dla swojego. Może odezwie się w nim literat, którego po drodze zgubił. 







Koprówka

sobota, 18 kwietnia 2015

Moja opinia dotycząca Purete Thermale od Vichy

Żel oczyszczająco-nawilżający

Miałam ochotę na te nowe kosmetyki Vichy, wiec zawalczyłam i wygrałam, to co chciałam. Zawsze mnie cieszą takie sytuacje, bo to udowadnia, że warto sięgać gwiazd. To co, że to tylko żel do twarzy a nie wygrana w totka J Na totka też przyjdzie czas a dobry żel, to też skarb.

Zawsze mnie dziwią takie szybkie recenzje. Zastanawiam się wtedy czy ludzie mają tak małe wymagania czy ja jestem zbyt wymagająca?
Mojemu egzemplarzowi postawiłam trzy poprzeczki; zmycie pogrubiającego i wydłużającego tuszu, zmycie eyelinera w pisaku i zmycie miękkiej kredki do oczu. Chciałam oczywiście też, aby nie tylko oczyszczał, ale również pielęgnował moją wrażliwą skórę.





Z tuszem poradził sobie bez najmniejszego problemu, z eyelinerem również. Moje największe obawy budziła miękka kredka, która lubi wchodzić między rzęsy i bez płynu micelarnego raczej nie udaje jej się zmyć. Tym razem również żel świetnie sobie poradził! Byłam zaskoczona, myślałam, ze na tym zadaniu go zagnę J Zaskoczył mnie jeszcze swoją wydajnością. Jedne naciśnięcie pompki, jedna mała kropelka wystarcza, aby umyć twarz, szyje, dekolt J Fajnie się pieni, a twarz po umyciu jest świetnie oczyszczona i jakby nawilżona. Zazwyczaj muszę natychmiast położyć krem, aby zniwelować uczucie ściągania. Teraz mogłam spokojnie zrobić sobie kawy  a twarz dalej czuła się komfortowo.

 Jakaś łyżka  dziegciu musi jednak być. Otóż należy uważać na oczy, bo żel niemiłosiernie szczypie! Zazwyczaj, używane przeze mnie żele, nie szczypały w oczy. Spokojnie mogłam je stosować zamiennie i do…higieny intymnej w podbramkowych sytuacjach. Z tym żelem to nie wchodzi w grę! Dziwi mnie to szczypanie, bo twarz jest wyjątkowo gładka po myciu i wyjątkowo nawilżona. Co tam jest takiego agresywnego?

No i cena. Vichy przyzwyczaiło nas do produktów z wysokiej półki, które musza mieć swoją cenę. Ja jednak  za żel do twarzy byłabym w stanie zapłacić maksymalnie 40 zł.


Reasumując, to jest bardzo dobry produkt o pięknym zapachu, który jednak w tym przypadku jest chyba najmniej ważny. Przynajmniej dla mnie.Będę na niego polować, kiedy będzie kusił promocyjną ceną. 

Koprówka

Traumatyczna relacja z Fashion Philosophy Fashion Week Poland!


Fashion Week, 2013






Rozpoczął się Fashion Philosophy Fashion Week Poland. Najbardziej prestiżowa impreza modowa.  Już kiedyś, dla pewnego magazynu, miałam napisać relacje. Zrezygnowaliśmy wtedy z tego, bo moje wrażenia były traumatyczne. Doszłyśmy wtedy z redaktor naczelną, że nic to nie da a magazynowi może zaszkodzić. Teraz jednak mam swoje medium i mogę swoje wrażenia spisać, bo nie jestem z nikim związana żadnymi zależnościami. To daje wolnośćJ

Miałam zaproszenie na pokaz Łukasza Jemioła. Ponieważ był to mój pierwszy raz, nie wiedziałam co mnie czeka. Zabrałam nawet męża, bo nigdy nie  byliśmy w Łodzi, więc pomyśleliśmy sobie, że upieczemy obie pieczenie na jednym ogniu.

Zarezerwowaliśmy hotel, zabrałam najlepszą sukienkę Simple jaką miałam i torebkę od Sabiny Pilewicz (ostatecznie stanęło na torebce z H&M) i pojechaliśmy.  W dniu pokazu, ja wyglądałam jak z żurnala a mąż niczym  wyjęty z książki Mr Vintage. O ja naiwna  matka polka myślałam, że zaproszenie otworzy mi każde drzwi. Na miejscu okazało się, że tłum ludzi szturmuje wejście. Ochroniarze rzucają mięsem, z tłumu też lecą niewyszukane  komentarze. Straszą, że nikt nie wejdzie a zaproszenia nieważne.Za dużo blogerek modowych i nie ma miejsca:) Mąż spasował po 10 minutach.Już wcześniej był zszokowany, ale zaciskał zęby. To miała być prestiżowa impreza modowa a był cyrk! Na odchodne rzucił mi tylko smutne spojrzenie pomieszane z politowaniem. Ja, po pierwszym szoku, zawzięłam się.Chciałam mieć relacje z pokazu. Miałam zaproszenie, akredytacje i zobowiązania! Podciągłam kiece i lecę do pierwszego lepszego ochroniarza i mówię, że jestem z Katowic! "Z KATOWIC"- krzyczę! Zero reakcji. No cóż, kobiece łzy, w dodatku długowłosej blondynki, zawsze działają i cóż, że nieszczere. Weszłam. Siedziałam na schodach, ale to już nie miało znaczenia. 

Spocona, na głowie jeden wielki kołtun. Sponiewierana, chciałam tylko trochę odetchnąć. "Obudziłam się" na sam koniec, kiedy Pan Łukasz radośnie wmaszerował na scenę:)

  Do wyjścia już się nie pchałam. Opadłam z sił. Dobrze, że blisko hotelu była urocza knajpka z irlandzkim piwem, gdzie spędziliśmy z mężem uroczy wieczór. Teraz tylko zdjęcie z Misiem Uszatkiem na ulicy Piotrkowskiej, przypomina nam o tym modowym koszmarze:)))

Myślę, że Witkowski i jego Miss Gizzy, to jest kwintesencja tego modowego światka. Tłum pajaców, którzy robią wszystko, żeby jak najbardziej się wyróżnić. Nieważne, że to bez gustu, bez smaku. Ważne, że kolorowo, kontrowersyjnie. Faceci w pończochach, w szpilkach. Kobiety z pawiem na łbie i z piórkiem w kuprze:/ To my jesteśmy dziwni, że to nas zniesmacza.

Sam pokaz zapewne był piękny. Zapewne, bo zanim się ogarnęłam zdążył się skończyć. Zazwyczaj trwa 15 minut, ale żeby wejść trzeba stanąć w kolejce. Tylko za czym kolejka ta stoi? Na to pytanie już sami sobie odpowiedzcie. 

Opisane zdarzenia miały miejsce 20 kwietnia 2013 roku

Koprówka

poniedziałek, 30 marca 2015

Stawki za wiarygodność czyli jak sprzedają się blogerzy a głupcy im wierzą

Wreszcie jakaś aferka w blogosferze. Otóż inni blogerzy, których Jason Hunt tak zawsze prosi o lojalność w środowisku, wyłamali się i uczynili prowokacje na blogerkach modowych. A jakże, to zawsze łakomy kąsek. Powysyłali zapytania ofertowe do tych najbardziej popularnych i tych mniej, co by zobaczyć jak mają się te stawki, o których wszyscy mówią, ale tak naprawdę nikt na oczy ich nie widział. No i się zaczęło! Jedni wieszają psy na blogerkach, inni na frajerach, którzy tyle dają. A sami blogerzy? Podpatrują  i podwyższają stawkiJ

Mnie się śmiać chce. Zachodzę w głowę jakim trzeba być głupim, aby zapłacić blogerce tyle kasy! I nie, nie przekonuje mnie, że należy ich  prace porównać do dziennikarzy, do wydawnictw, do gazet modowych a ich stawki wciąż są głodowe. Ludzie! Gazeta ma całe mnóstwo zobowiązań. Trzeba to wydrukować, zapłacić fotografowi, modelce, korektorowi, dziennikarzowi za tekst  itp. itd. To jest mnóstwo kosztów! A jakie koszty ma blogerka? Zobaczmy.

 Nie tak dawno Macademian Girl szukała fotografa do współpracy. Fajnie, tyle tylko że współpraca miała być darmowa, no bo to prestiż fotografować samą MacademianJ Czyli pensja dla fotografa odpada. Zazwyczaj fotografem jest  chłopak, albo narzeczony (Charlize-Mistery) lub mąż (Rabel Look) albo brat, albo darmowa siła robocza, której się wmawia, że ma wielkie szczęście, bo może  się wiele nauczyć przy takiej blogerceJ

 Korektor nie jest potrzebny. Byki latają po blogach niczym po arenie w czasie Korridy. No cóż, wszak presja czasu robi swoje a one wszystko same i same. Biedne, przecież to tylko ludzie! Nie wymagajcie od nich zbyt wiele. Czasem ktoś coś sprawdzi, za free a reszta wyjdzie w komentarzach, to się poprawi. Hajterzy są najlepszymi korektorami i to darmowymiJ

Drukować nic nie muszą. Wymyślać też. Kopiuj-wklej załatwia sprawę. Studio fotograficzne też mają za darmo. Jakiś park czasem nawet balkon wystarczaJ

Więc za co biorą tyle kasy????? Za Zus, który musza co miesiąc płacić? Za wystawienie faktury? A może za to, że kłamią w żywe oczy? Że wciskają ludziom szmiry? Że się sprzedają? Za spokój sumieniaJ „Firmy traktuje jak partnerów. Sporne kwestie pomijam milczeniem”- Czyli za to biorą? Za milczenie?

 Nie przeczę, że wymyślenie scenariusza kampanii reklamowej, zrobienie zdjęć, obrobienie ich powinno mieć swoją cenę. To jest jakaś praca. Musisz poświęcić swój czas, dlaczego miałabyś to robić za darmo? Nie potępiam blogerów, że mają takie stawki. Nikt nie bierze jeśli nikt nie daje. Dziwię się firmom, że dają się tak frajerzyć:) Wychodzi bowiem na to, że blogerki modowe to...najdroższe modelki świata:) Za te piruety w sukienkach biorą tyle kasy i tylko za to:)))


Na szczęście są już firmy, które uważają reklamę na blogach za obciachJ Czekam aż te wariactwo się skończy, bo kiedyś się skończyJ I zgadzam się z Kominkiem, że trzeba być idiotą, żeby z tego nie skorzystaćJ Dają? BierzJ 

Ten jednak kto wierzy blogerom jest głupcemJ Oni już nie mają wiarygodności. Ich wiarygodność jest do kupienia a stawki podane są tutaj; tutaj Skoro jednak jedyna rzecz, za którą ceniliśmy blogerów właśnie stała się mitem, to po co czytać blogi????? Wydaje się, że właśnie wbili sobie nóż w plecy:) Bloger blogerowi:) Mam nadzieję, że to koniec komercjalizacji blogów i wrócimy do tego co w blogach najlepsze czyli do fajnych treści. Niesponsorowanych:)