Dzień dobry,
Pogoda nas rozpieszcza. Nawet mój kot nie chce na noc przychodzić do domu, bo jest jeszcze tak przyjemnie:) Jednak trzeba będzie w końcu pogodzić się z faktem, że lato odchodzi. Czas pomyśleć o cieplejszych ubraniach i o intensywniejszej pielęgnacji skóry. Jesień to dobry czas, aby naprawić szkody jakie poczyniło intensywne słońce. Jesień to czas maseczek, peelingów, mezoterapii. Pozwolicie, że tu się wzdrygnę:) Uciekłam kiedyś z wampirzego liftingu:) Nie dla mnie gabinety odnowy biologicznej:)
A jeśli o liftingu już mowa, to muszę Wam dzisiaj polecić coś naprawdę ekstra. Rzadko goszczą u mnie kosmetyki z niższej półki cenowej a to dlatego, że tych naprawdę dobrych jest niewiele.
Na ten kosmetyk przyszło mi dosyć długo czekać. Wygrałam go jeszcze przed wakacjami ( a jakże, nic się w tym względzie nie zmieniło. Recenzuję tylko kosmetyki, które uda mi się wygrać) i wyjechałam w nieznane:) I krążył biedaczysko po Polsce wte i wewte aż w końcu mnie złapał:) I bardzo dobrze, bo to fajny produkt, a co najważniejsze skuteczny.
Butelka przywodzi na myśl kultowe serum Estee Lauder:) Nie wiem czy to efekt zamierzony, ale jak równać to w górę:) Brązowa butelka, obła, pipetka ułatwiająca dozowanie. Można mieć namiastkę luksusu:) Przypomnę tylko, że kosmetyk Estee kosztuje bagatela ok 450 zł :) Floslek tylko 30 zł:)
Działanie jest podobne. Ma intensywnie napiąć, wygładzić, ujędrnić, nawilżyć i zregenerować. Tyle obiecuje producent. Nie jestem z tych łatwowiernych i raczej nie łykam wszystkiego jak pelikan. Do tych obiecanek też podeszłam z rezerwą.
Zapach nie zachwycił mnie, raczej pokręciłam nosem. Nie jest nieprzyjemny, ale taki trochę apteczny. Znika natychmiast po zetknięciu się ze skórą. Konsystencja serum wodnista, co mnie zdziwiło, bo ten zapach raczej sugerował oleisty skład. Dla mnie to lepiej, bo nawet wieczorem nie lubię się błyszczeć. Wchłanianie natychmiastowe. Już po chwili nie ma śladu kosmetyku. To ważne, bo trzeba pamiętać iż kosmetyk można stosować solo, rano pod makijaż. Nie mogłabym tutaj nie wspomnieć, że świetnie łączył się z każdym podkładem. Współpracuje też z każdym kremem nawilżającym. Nic się nie ślizga, nie warzy. Pod tym względem bezproblemowy. Stosowałam go w różnych wariantach; solo, pod podkład, pod krem i pod podkład. W każdej z tych konfiguracji się sprawdzał czyli zachowywał się tak jakby go nie było. I tutaj w końcu ciśnie się pytanie: Czy działa? Tak drogie panie, działa:) Może i tego bym nie zauważyła gdyby nie to, że robię sobie kreski na powiekach eyelinerem w pisaku. W cieplejsze dni rzadziej, bo się rozmazują, ale z chwilą przyjścia niższych temperatur, to mój nieodzowny element makijażu. No i nie jest to łatwa sprawa, gdy się jest ryczącą czterdziechą ze zmarszczkami mimicznymi wokół oczu, pociągnąć kreskę tak, aby nie wpadła w którąś z nich. I złapałam się na tym, że przychodzi mi to z niebywałą łatwością ostatnio. Zmarszczki się ewidentnie spłyciły, nawet tak zwana lwia zmarszczka na czole wydaje się być znacznie płytsza. Skóra jest jędrna, wygładzona, naprawdę jest dobrze. Oczywiście nie jest to mój jedyny kosmetyk pielęgnacyjny, więc będąc uczciwą nie mogę na 100 % stwierdzić czy rzeczywiście akurat serum zrobiło tak świetną robotę.Być może serum w połączeniu z moim kremem firmy Olay zdziałał takie cuda.A może w połączeniu z mleczkiem Yoskine, o którym ostatnio pisałam.W każdym razie sam krem ani samo mleczko nie dawało takich spektakularnych efektów. Tego jestem pewna.
Reasumując, to jest świetny produkt za rozsądną cenę. Cena ta sprawia, że możecie same sprawdzić efekty liftingującego koncentratu Floslek i bardzo bym Was na to namawiała, bowiem naprawdę rzadko się zdarza, żeby na tej półce cenowej, znaleźć taką perełkę kosmetyczną.
Nie mogę na końcu nie wspomnieć o tym, że kosmetyk się wprawdzie kończy, ale opakowanie czyli buteleczka, jest tak samo piękna jak na początku. Dla mnie to ważne, bo jestem estetką i nic bardziej mnie nie denerwuje jak świetny kosmetyk w słabym opakowaniu.
Czy zatem to kosmetyk czy lek? Mnie uleczył:) Z kompleksów:)
Polecam. To są naprawdę dobrze zainwestowane pieniądze.
Koprówka
wtorek, 6 października 2015
poniedziałek, 5 października 2015
Odchudzaj się z żurawiną
Hej
Z warzywniaka zerka na nas czerwone oko żurawiny:) Łypie czy aby jesteśmy w formie:) Czy filtry dobrze działają, czy serce nie szwankuje i czy aby cholesterol w normie:) Bo żurawina jest dobra na wszystko, ale najlepiej wspomaga serce i nerki. Ponadto chroni wątrobę, obniża cukier we krwi i skuteczna jest przy wrzodach żołądka. Zmniejsza ryzyko miażdżycy, obniża ryzyko zawałów serca i ma pozytywny wpływ na poziom dobrego cholesterolu. Obok właściwości leczniczych ma właściwości odchudzające! Wspomaga przemianę materii, usuwa toksyny z organizmu i działa lekko przeczyszczająco. Pozwolicie, że w tym miejscu przestanę wyręczać doktora Google:) Zapytajcie go a sami się przekonacie, że to skarbnica cudownych właściwości.
Ponieważ suszona żurawina to niemal sam cukier ( podobna ta słodzona sokiem z ananasa jest lepsza), to dzisiaj skupimy się na świeżych owocach żurawiny. Tym bardziej, że gotowanie nie niszczy jej przeciwbakteryjnych i przeciwgrzybicznych właściwości.
Świeżą żurawinę można zmiksować z jabłkiem i bananem, odrobiną cukru i wody i będziemy mieć świetny koktajl, ale ja dziś przychodzę z kompotem:) Z chwilą kiedy przychodzą zimniejsze dni, ja jednak wolę rozgrzewać się od środka i dlatego na moim stole królują ciepłe zupy, gorące kasze i właśnie ciepłe herbatki czy kompoty:) Zaprawdę powiadam Wam tylko pieczone jabłuszko z miodem i orzechami a do tego kompot z żurawinki, pozwala mi przetrwać półroczny rozbrat ze słońcem:)
Kompot z żurawiny;
- 2 litry wody
- 30 dkg świeżej żurawiny
- 5 goździków
- szczypta cynamonu
- 5 łyżek cukru( lub miodu jak przestygnie)
- sok z limonki lub cytryny
Świeżą żurawinę opłukać i zalać wodą. Gotować na małym ogniu jakieś pół godziny. Koniecznie pod przykryciem, bo pęka niczym popcorn:) Wprawdzie nie ucieka z gara jak on, ale lepiej ją mieć na baczności:) Dodać goździki i gotować jeszcze z 15 minut ale nie dłużej, bo goździki potrafią zepsuć cały kompot jak za długo się gotują (nadają zbyt perfumowy smak i goryczkę). Dodać cynamon, sok z limonki i cukier. Wymieszać. Można przelać przez sitko, ale ja tego nie robię. Można dolać wody lub dosłodzić jeśli zajdzie taka potrzeba:) Można dodać pomarańcze w plasterkach czy laskę wanilii jeśli chcemy mu nadać bardziej wigilijny smak:) Mnie wystarcza wersja podstawowa:) Smacznego i byle do lata:)
Koprówka
środa, 30 września 2015
Neo-lipidowe mleczko nawilżające YOSKINE
Dzień dobry,
Wiecie co znaczy po japońsku Asayake pure?:) A, nie wiecie:) A ja wiem:) Poranny blask. Nie, nie jestem taka mądra. Przeczytałam to na buteleczce. To nazwa linii z której wywodzi się mleczko, które, a jakże, wygrałam w jakimś konkursie na fan page marki. Stosowałam całe wakacje i zużyłam zaledwie połowę. Niezwykle wydajne i to jest jedna z wielu jego zalet.
Dla niewtajemniczonych przypomnę tylko filozofie mojego bloga. Nie przyjmuję gratisów, a nawet jeśli, to o nich nie piszę. Co najwyżej mogę je pokazać na insta, fejsie czy na snapie. Tak jest uczciwiej. Wygrywam pod swoim nazwiskiem, więc niejako działam incognito:) Nic i nikt mnie nie obliguję, aby napisać recenzje. Nie znam tych wszystkich menadżerów, administratorów fan page'y. Gdy mnie coś zachwyci albo wyjątkowo wkurzy, piszę i nie oglądam się na nikogo.
Musicie wiedzieć, że ja jestem z tych co lubią wodę. Pod każdą postacią. I uwielbiam rano obmywać twarz wodą. Zimą rzadziej (to nawet zbyt drastyczne), ale latem nie ma nic lepszego niż chlust zimnej wody. Makijaż zmywam więc żelem i nie dla mnie żadne mleczka, toniki czy płyny micelarne. Długo więc opierałam się Yoskine, ale on tak cudownie pachnie i ma tak cudowny kolor (blady róż), że w końcu mu uległam. Najpierw zmywałam twarz wodą i żelem a potem przemywałam twarz mleczkiem. Musicie bowiem wiedzieć, że mleczko jest nawilżające i posiada kompleks in detoks. To rewolucyjne połączenie detoksykacji komórkowej i pielęgnacji oczyszczającej. Oczywiście moja nadgorliwość była nieuzasadniona. Mleczko świetnie zmywa makijaż, tusz do rzęs czy szminkę. Ot, siła przyzwyczajenia:) Z czasem stosowałam go nawet zamiast kremu:) Latem każdy krem wydawał mi się zbyt ciężki a mleczko świetnie nawilżało.Kompleks Moisture Yo Lipids zabezpieczał skórę przed wysuszaniem, łagodząc podrażnienia i zaczerwienienia.
Jestem dopiero w połowie opakowania i nazwa serii nie jest na wyrost. Rzeczywiście skóra po tym mleczku staje się niezwykle piękna, miękka, oczyszczona, świetnie nawilżona i poprawia jej się koloryt. Szlachetnieje:) Asayake Pure:) Warto ten kosmetyk wpuścić pod swój dach i dać mu zaszczytne miejsce na łazienkowej półce. Polecam
Koprówka
Wiecie co znaczy po japońsku Asayake pure?:) A, nie wiecie:) A ja wiem:) Poranny blask. Nie, nie jestem taka mądra. Przeczytałam to na buteleczce. To nazwa linii z której wywodzi się mleczko, które, a jakże, wygrałam w jakimś konkursie na fan page marki. Stosowałam całe wakacje i zużyłam zaledwie połowę. Niezwykle wydajne i to jest jedna z wielu jego zalet.
Dla niewtajemniczonych przypomnę tylko filozofie mojego bloga. Nie przyjmuję gratisów, a nawet jeśli, to o nich nie piszę. Co najwyżej mogę je pokazać na insta, fejsie czy na snapie. Tak jest uczciwiej. Wygrywam pod swoim nazwiskiem, więc niejako działam incognito:) Nic i nikt mnie nie obliguję, aby napisać recenzje. Nie znam tych wszystkich menadżerów, administratorów fan page'y. Gdy mnie coś zachwyci albo wyjątkowo wkurzy, piszę i nie oglądam się na nikogo.
Musicie wiedzieć, że ja jestem z tych co lubią wodę. Pod każdą postacią. I uwielbiam rano obmywać twarz wodą. Zimą rzadziej (to nawet zbyt drastyczne), ale latem nie ma nic lepszego niż chlust zimnej wody. Makijaż zmywam więc żelem i nie dla mnie żadne mleczka, toniki czy płyny micelarne. Długo więc opierałam się Yoskine, ale on tak cudownie pachnie i ma tak cudowny kolor (blady róż), że w końcu mu uległam. Najpierw zmywałam twarz wodą i żelem a potem przemywałam twarz mleczkiem. Musicie bowiem wiedzieć, że mleczko jest nawilżające i posiada kompleks in detoks. To rewolucyjne połączenie detoksykacji komórkowej i pielęgnacji oczyszczającej. Oczywiście moja nadgorliwość była nieuzasadniona. Mleczko świetnie zmywa makijaż, tusz do rzęs czy szminkę. Ot, siła przyzwyczajenia:) Z czasem stosowałam go nawet zamiast kremu:) Latem każdy krem wydawał mi się zbyt ciężki a mleczko świetnie nawilżało.Kompleks Moisture Yo Lipids zabezpieczał skórę przed wysuszaniem, łagodząc podrażnienia i zaczerwienienia.
Jestem dopiero w połowie opakowania i nazwa serii nie jest na wyrost. Rzeczywiście skóra po tym mleczku staje się niezwykle piękna, miękka, oczyszczona, świetnie nawilżona i poprawia jej się koloryt. Szlachetnieje:) Asayake Pure:) Warto ten kosmetyk wpuścić pod swój dach i dać mu zaszczytne miejsce na łazienkowej półce. Polecam
Koprówka
sobota, 26 września 2015
Wakacyjne skarby i... shity
Dzień dobry robaczki:)
Wybaczcie przywitanie, ale nie mogłam się powstrzymać. Obczajam ostatnio Snapa czyli nowe narzędzie social media i jestem zniesmaczona. Niebywałe jak dorosłe kobiety dostają głupawki na widok...samych siebie:) Radzka pokazuje przez 3 minuty gołębie odchody, Segritta szczerzy się jakby po drugiej stronie było stado słodkich bobasków, Fashionelka na okrągło pokazuje buldogi a Olfaktoria ma bzika na punkcie swoich kotów i... samej siebie:/ Smaczku dodaje fakt, że wszystkie to kobiety z trzydziestką na karku. Z przyjemnością natomiast ogląda się blogerki What Anna Wears czy nielubianą przeze mnie blogerkę Monikę Kamińską. Są dokładnie takie jak ich blogi. Ania niezwykle ciekawa i przyjemna a Monika rzeczowa aczkolwiek zimna i roszczeniowa z wiecznym nosem na kwintę:/ To i tak lepsze niż skapujący ( a może snapujący?) infantylizm. Tak, zdecydowanie Snap to mój wakacyjny shit:/
Jeśli chodzi o skarby, to zdecydowanie więcej ich u mnie w koszyku. Miód lawendowy, konfitury z granatu, olejek lawendowy. Wszystko przywiezione z uroczej wyspy Krk w Chorwacji. Jest też moja ulubiona czerwona herbata, wreszcie do mojego kapsułkowego ekspresu. Syropy do herbaty i kawy, bo zaczyna się jesienna szaruga i ciepła herbata, ciepły koc i okład z ciepłego kota, to absolutnie niezbędniki na jesienne dni. Jest też cudowne mleczko do twarzy Yoskine, o którym przygotowuję osobny wpis i lakiery hybrydowe z firmy Golden Rose, które nie potrzebują lampy. O nich też napiszę osobny post w najbliższym czasie.
Z dobrych wiadomości to wreszcie udało mi się znaleźć kartę do aparatu i znalazłam aparat w moim taborze. Hurra! Ze złych to zgubiłam ładowarkę do aparatu:((( No, czyli u mnie bez zmian. Przecinki jak zwykle na dyskotece, żyją jak chcą i skaczą gdzie chcą. A tydzień bez zgubienia czegokolwiek jest tygodniem straconym:) Za to znalazłam wspaniałe książki przez wakacje i też o nich opowiem. A jeśli jesteśmy już przy książkach, to korzystając z okazji chciałabym Wam serdecznie polecić nowy kanał na You Tube, dziennikarki i pisarki Anny Dziewit, weBook. Świetne rozmowy z czołowymi polskimi pisarzami. Był już Miłoszewski, Bonda, Żulczyk i Chutnik. Polecane są nowości książkowe a także prowadzony jest eksperyment czyli pisanie pierwszej internetowej powieści. Jest dowcipnie i interesująco. Naprawdę warto się rozglądać, bo w internecie można znaleźć prawdziwe perełki:)
Do następnego razu... Robaczki:)
Wybaczcie przywitanie, ale nie mogłam się powstrzymać. Obczajam ostatnio Snapa czyli nowe narzędzie social media i jestem zniesmaczona. Niebywałe jak dorosłe kobiety dostają głupawki na widok...samych siebie:) Radzka pokazuje przez 3 minuty gołębie odchody, Segritta szczerzy się jakby po drugiej stronie było stado słodkich bobasków, Fashionelka na okrągło pokazuje buldogi a Olfaktoria ma bzika na punkcie swoich kotów i... samej siebie:/ Smaczku dodaje fakt, że wszystkie to kobiety z trzydziestką na karku. Z przyjemnością natomiast ogląda się blogerki What Anna Wears czy nielubianą przeze mnie blogerkę Monikę Kamińską. Są dokładnie takie jak ich blogi. Ania niezwykle ciekawa i przyjemna a Monika rzeczowa aczkolwiek zimna i roszczeniowa z wiecznym nosem na kwintę:/ To i tak lepsze niż skapujący ( a może snapujący?) infantylizm. Tak, zdecydowanie Snap to mój wakacyjny shit:/
Jeśli chodzi o skarby, to zdecydowanie więcej ich u mnie w koszyku. Miód lawendowy, konfitury z granatu, olejek lawendowy. Wszystko przywiezione z uroczej wyspy Krk w Chorwacji. Jest też moja ulubiona czerwona herbata, wreszcie do mojego kapsułkowego ekspresu. Syropy do herbaty i kawy, bo zaczyna się jesienna szaruga i ciepła herbata, ciepły koc i okład z ciepłego kota, to absolutnie niezbędniki na jesienne dni. Jest też cudowne mleczko do twarzy Yoskine, o którym przygotowuję osobny wpis i lakiery hybrydowe z firmy Golden Rose, które nie potrzebują lampy. O nich też napiszę osobny post w najbliższym czasie.
Do następnego razu... Robaczki:)
wtorek, 23 czerwca 2015
Lemoniada z kwiatów czarnego bzu
Miałam dzisiaj zbierać kwiaty lipy, ale ciągle pada i jak
wiadomo w taki dzień nic się nie zbiera. No więc przygotowałam dla Was przepis
na lemoniadę z syropu z kwiatów czarnego bzu. Najpierw jednak szybki przepis na
syrop:
- 40 baldachimów kwiatów czarnego bzu
- ok 2 litrów wody
- 2 kg cukru ( ja daję znacznie mniej)
- sok z 5 cytryn
Kwiaty czarnego bzu mają wiele właściwości pro zdrowotnych ,
o których tutaj się rozpisywać nie będę, bo wujek google wyświetli Wam wszystko
co trzeba.
Całe baldachimy obcinamy nożyczkami i zostawiamy na chwilę,
żeby dać czas robaczkom na ucieczkę. Uwaga na mszyce! Takie baldachimy należy
od razu wyrzucić a najlepiej ich wcale nie zrywać.
Bierzemy później w dłoń nożyczki i obcinamy same kwiaty, tak
aby najmniej było zielonych łodyżek.
Zalewacie kwiaty wrzącą wodą i trzymacie przez całą noc w
zimnym miejscu. Na drugi dzień wszystko przecedzacie, kwiaty możecie wycisnąć,
dodajecie sok z cytryn i cukier i tylko krótko zagotowujecie. Tylko tyle, żeby się
rozpuścił cukier. W praktyce oznacza to, że wystarczy doprowadzić do wrzenia.
Przelewacie do
słoiczków i odwracacie do góry dnem. Ja jeszcze przykrywam słoiczki garnkiem i
trzymam ich tam jakieś 20 minut J
Nie pasteryzuję ich już tylko sprawdzam czy pokrywki „nie odbijają”J
Musicie również pamiętać, że jak dacie mniej cukru, to taki syrop krócej będzie
można przechować.
Jak już mamy syrop, to możemy zrobić lemoniadę. Nie mylić z oranżadą,
bo taką też można z kwiatów czarnego bzu robić, ale trochę inaczej.
Lemoniada z syropu z kwiatów czarnego bzu
To już żadna filozofia. Dodajesz do dzbanka syrop, dodajesz
wodę, kilka plasterków cytryny i już, chociaż moje dzieci wolą z pomarańczami J
Ja jeszcze do zwykłej wody dodaję wodę gazowaną, bo moje dzieci lubią jak
trochę lemoniada „szczypie”J Smacznego i na zdrowie J
Zdjęcia wykonane tabletem w domu w pochmurny dzień. W takich warunkach i takim sprzętem nie wyczaruję niczego lepszego:) Ciągle szukam karty do aparatu. Gdzieś w tym moim taborze musi być:)
Koprówka
czwartek, 11 czerwca 2015
Industriada czyli letnie koncerty czas zacząć!
Zbliża się Industiada i koncert Brodki, na który z niecierpliwością czekam. Pomyślałam sobie, że zamieszczę mój artykuł, który napisałam dla Creative Magazine (brrrr wybaczcie, ale się otrzepię) "Koncertowe must have". Nic nie stracił na aktualności a zestawy, które tam utworzyłam, spokojnie możecie i teraz na koncert założyć. Łapcie garść cennych informacji jak ubrać się na koncert, aby było stylowo, ale i bezpiecznie.
Lato to czas muzycznych festiwali, koncertów w plenerze. Jak się ubrać aby było wygodnie a jednocześnie stylowo. Czy wtopić się w tłum czy wręcz przeciwnie, postawić na oryginalność?
Styl, według którego powinniśmy się ubrać, zależy od rodzaju koncertu (koncert pod zadaszeniem czy w plenerze), gatunku muzyki i miejscu, gdzie zamierzamy koncert przeżyć.
Buty
Zrezygnujmy z sandałków i lekkich balerin, no chyba, że chcemy mieć zmiażdżone palce u stóp. W plenerze też się nie sprawdzają. Workery, glany, martensy, botki, trampki, to są odpowiednie buty. Jeśli chcesz być pod sama sceną albo w tzw. młynku, byty muszą być bardziej zabudowane. Jeśli zamierzasz bujać się gdzieś z boku a trwa właśnie lato, możesz ubrać trampki. Kalosze, które są bardzo praktyczne, wbrew pozorom na koncert się nie nadają. Chyba, że przyszliśmy na koncert z braku lepszego zajęcia i zamierzamy pić piwo i stać jak słup soli.
Torebka
Jeśli torebka, to tylko na pasku albo plecak. Trzymanie i pilnowanie torebusi przez cały support i koncert, to istny koszmar! Nie bierz portfela! Pieniądze i telefon trzymaj w kieszeni spodni (nie tylnej!) i zapnij agrafkami.
Jeśli torebka, to tylko na pasku albo plecak. Trzymanie i pilnowanie torebusi przez cały support i koncert, to istny koszmar! Nie bierz portfela! Pieniądze i telefon trzymaj w kieszeni spodni (nie tylnej!) i zapnij agrafkami.
Biżuteria
Biżuteria nie jest wskazana. Wiszące kolczyki załóż tylko wtedy kiedy zamierzasz pozbyć się płatka ucha. Wisiory i pierścionki też się nie sprawdzają. Możesz pokaleczyć siebie i innych. Dopuszczalne są bransoletki; rzemyki, sznurki. Możesz zaopatrzyć się w znaczki zespołu, które przypniesz do torby, kurtki czy kapelusza.
Biżuteria nie jest wskazana. Wiszące kolczyki załóż tylko wtedy kiedy zamierzasz pozbyć się płatka ucha. Wisiory i pierścionki też się nie sprawdzają. Możesz pokaleczyć siebie i innych. Dopuszczalne są bransoletki; rzemyki, sznurki. Możesz zaopatrzyć się w znaczki zespołu, które przypniesz do torby, kurtki czy kapelusza.
Aparat
Nie bierz, chyba ze idziesz na strefę vip. Koncert polega na przeżywaniu tu i teraz a nie na cykaniu kiepskich jakości zdjęć. Pamiętaj, że na koncertach są ograniczenia i nie można wnosić aparatu o większej matrycy niż 7 mega pikseli). Zdjęcia z imprezy znajdziesz w sieci.
Nie bierz, chyba ze idziesz na strefę vip. Koncert polega na przeżywaniu tu i teraz a nie na cykaniu kiepskich jakości zdjęć. Pamiętaj, że na koncertach są ograniczenia i nie można wnosić aparatu o większej matrycy niż 7 mega pikseli). Zdjęcia z imprezy znajdziesz w sieci.
Włosy
Upnij. Najlepiej w węzeł, żeby ludzie stojący za tobą nie musieli ich jeść. Postaw na makijaż a’la Brigitte Bardot, która była zwolenniczką błyszczących warg i oczu obramowanych czernią.
Upnij. Najlepiej w węzeł, żeby ludzie stojący za tobą nie musieli ich jeść. Postaw na makijaż a’la Brigitte Bardot, która była zwolenniczką błyszczących warg i oczu obramowanych czernią.
Ubiór
To, jak się ubierzesz, zależy w głównej mierze, gdzie zamierzasz koncert spędzić i czy koncert jest plenerowy czy pod zadaszeniem. Przede wszystkim powinien być wygodny. Jeansy, rurki, krótkie spodenki, to wszystko się bardzo dobrze sprawdza o ile nie jest zbyt wąskie. Ubranie nie może krępować ci ruchów.
To, jak się ubierzesz, zależy w głównej mierze, gdzie zamierzasz koncert spędzić i czy koncert jest plenerowy czy pod zadaszeniem. Przede wszystkim powinien być wygodny. Jeansy, rurki, krótkie spodenki, to wszystko się bardzo dobrze sprawdza o ile nie jest zbyt wąskie. Ubranie nie może krępować ci ruchów.
Ubierz się odpowiednio do pogodny. Nie licz , że rozgrzeje cię muzyka. Drżąc jak osika przez większą część wieczoru, nie mam mowy o dobrej zabawie. Strój na cebulkę jest najbardziej odpowiedni.
Jeśli jesteś zwolenniczką bardziej kobiecego look’u, nie bój się założyć sukienki. Do tego jeansowa kurtka albo ramoneska. Spódnice maxi sprawdzają się tylko w strefie Vip tak jak wysokie obcasy.
Pamiętaj, że masz się dobrze bawić. Jeśli idziesz na koncert muzyki, której na co dzień nie słuchasz (ktoś cię zaprosił), nie przebieraj się na siłę za kogoś kim nie jesteś. Nie ma nic gorszego niż dziewczyna boho z pieszczochą na ręce. Nie sil się wtedy na oryginalność. Glany w róże zostaw w domu. Raczej staraj się wtopić w tłum.
Letnie festiwale na plaży rządzą się własnymi prawami i tam możesz szaleć do woli. Mieszaj kolory i style. Im więcej barw tym więcej żywiołu. Kapelusze, chusty mile widziane. Tylko tam buty nie są ci wcale potrzebne. Tak samo jak parasolka czy peleryna. Nie ma nic bardziej przyjemniejszego niż taniec w deszczu na mokrym piasku. I pamiętaj! Najważniejszą rzeczą, którą musisz zabrać na koncert jest dobry humor.
Strefa Vip:)
Koprówka
wtorek, 9 czerwca 2015
Śmierć przychodzi na paluszkach
Od wczoraj przyglądam się internetowemu linczowi na
plażowiczach, którzy nie udzielili pomocy topiącemu się chłopakowi. Nie wiem
jak się topi ktoś kto umie pływać. Być może topi się tak jak na amerykańskich
filmach; chlapiąc wodą i głośno krzycząc; help, help! Wiem natomiast jak topi się
ktoś, kto pływać nie umie. Do niego śmierć skrada się na paluszkach.
Mój syn miał wtedy zaledwie 7 lat. Kolejna lekcja na
basenie. Jeszcze nie umie pływać. Wszystkie dzieci pływają na desce. Na basenie
dwóch ratowników, jeden nauczyciel i 25 dzieciaków. Ja stoję za oszklonymi
drzwiami. Rodzicom nie wolno wchodzić na basen. Stoję sama, bo ja z tych matek
kwok czy helikopterów, co to nie pozwalają dziecku dorosnąć. Syn ma astmę, jest
nieśmiały, trochę wycofany. Wtedy, bo dziś to zupełnie inne dziecko. Stoję i
nagle widzę, że mój syn podnosi rękę i znika pod wodą. Deska nieśmiało odpłyneła, do liny daleko. I znowu podnosi rękę
jakby się wyrywał do odpowiedzi i znów pod wodę. Nagle rozumiem, że coś jest
nie tak. Ze mój syn w tym tłumie ludzi, bezgłośnie się topi! Podbiegam do
trenera, krzyczę;” Michał się topi!”. Trener zdezorientowany podaje mu kij w
momencie kiedy mój syn, trzeci raz (prawdopodobnie ostatni) wynurza się z wody.
Wszystko dobrze się kończy. Syn kaszle, przez kilka dni ma zaostrzenie astmy,
ale żyje. Trener w szoku, ja też. Po kilku dniach pytam;
- Synku dlaczego nie krzyczałeś pomocy?
- nie wiem.
Ja wiem. Kilka lat później jesteśmy nad polskim morzem. Z
całej naszej czwórki tylko ja nie umiem pływać jednak wchodzę do wody, bo dzieci proszą. Wody
jest do szyi, nie więcej. Mąż na żółtym materacu, opala się. Ja na dmuchanym
fotelu, dzieci baraszkują w wodzie. Nagle coś mnie gryzie w kostkę, nachylam
się żeby to strącić i…wpadam głową w dół do wody. Nie potrafię złapać równowagi
i dotknąć nogami dna. Wypływam i nie mogę krzyknąć, bo łapczywie łapię oddech ,po
czym znowu ginę w odmętach morskiej toni. Sytuacja się powtarza. Wszystko
dzieję się po cichutku. Nie chlapię zanadto, nie krzyczę. Mąż dalej się opala,
dzieci się bawią i tylko córka zastanawia się co robię. Miała wtedy może z
sześć lat. Mówi do męża;
-tatuś z mamą się coś chyba dzieję.
Mąż leniwie spogląda i …dalej nie rozumie! Wszak wody jest
może po pas. Wynurzam się ostatni raz i wtedy mnie łapie:
-Co Ty robisz? Zdenerwowany raczej niż zatroskany.
Nic nie odpowiadam. Ja tylko kaszle. Serce wali mi jak młot.
O własnych siłach dochodzę do brzegu. Brzegu, na którym jest pełno ludzi. Nikt
nie zauważył, że coś się dzieje. Jedna, mała dziewczynka zrozumiała, że coś
jest nie tak i to ona mnie uratowała.
Czy wyniosłam z tej lekcji jakąś naukę? Owszem, że
powiedzenie; „Możesz się utopić w łyżce wody” jest prawdziwe. Raczej nie
wchodzę do wody, choć dla zodiakalnej ryby, to trochę trudne J Lubię wodę, lubię
patrzeć na nią, lubię jej odgłos, lubię jak falę rozbijają się o skały. Mam do
niej respekt i nigdy nie puszczam dzieci samych do wody, choć obydwoje są w sekcji pływackiej „wodnik” . Tylko, że ja zawsze byłam ostrożna. Nie
wchodziłam dalej niż po pas, nie wchodziłam sama do wody, nie wypływałam sama
na materacu a jednak byłabym się utopiła. W morzu pełnym turystów, tuż pod
nosem męża i dzieci.
To nie znieczulica zabiła tego młodego chłopaka. To jego nieroztropność i brawura. Jego koledzy zorientowali się dopiero po 50 minutach, że go nie ma. Czy wiedzieli, że nie umie pływać? A może był pod wpływem alkoholu? A może tak jak ja, wszedł do wody dla ochłody i nie przewidział najgorszego. Fala, przejeżdżająca motorówka czy nieproszony owad na kostce, wszystko może sprawić, że stracisz w wodzie równowagę. Jeśli nie umiesz pływać lepiej nie wchodź do wody, a już na pewno nie sam. Jeśli zaś umiesz pływać, niech cię nie zgubi rutyna i zbyt wielka pewność siebie. A Ty internauto zanim wydasz wyrok, pomyśl. To nie boli.
Mój anioł stróż:)))
Koprówka
Subskrybuj:
Posty (Atom)


























